etiuda - Tadeusz Dejnecki - wyróznienie WIEPS 2015 - POEZJA



etiuda

 
tyle
jesieni –
zmieniły się nasze skronie

my wciąż
dłoń przy dłoni
gramy etiudę na cztery ręce

lecz już szara godzina się skrada
już klawiatury nie widać
jesień ...

ŚMIERĆ MANEKINÓW - MIŁOSZ ANABELL wyróżnienie WIEPS 2015 - PROZA



ŚMIERĆ MANEKINÓW - MIŁOSZ ANABELL




– Oliwka, Oliwka – szeptał jej do ucha i robił swoje, kochał ją szorstko i rytmicznie, a ona leżała taka spokojna, ułożona na lewym boku, do ust włożyła kciuk i ssała go, jak gdyby była jednocześnie kobietą i małym dzieckiem, niemowlęciem, które właśnie przed chwilą wyskoczyło na świat z brzucha matki i wszystkiemu jeszcze się dziwi, boi się i zachwyca jednocześnie.

– Oliwka, Oliwka – zawsze to samo, powtarzał tylko to jedno słowo, nigdy o nic nie pytał, a ona też nie mówiła, czego pragnie, a jednak układali się jakoś tak, że obojgu było dobrze.

         Zawsze w ten sam sposób: ona na boku, on z tyłu za nią, wilgotny, pulsujący od zwierzęcego pożądania. Cały dzień czekał za wieczór, gdy będzie mógł do niej przyjść, kochać ją, raz, a potem drugi raz, a czasem nawet trzeci. A potem wracał do siebie, niezbyt późno, żeby mama i tata się nie zorientowali. Gdy pytali, gdzie był, mówił, że bawił się z psem sąsiada.

         To między nimi zaczęło się miesiąc temu. Wtedy się przeprowadzili do Kowalewa. Kolejna przeprowadzka. Wszystko przez niego, rodzice nigdy by tak nie powiedzieli, ale on wiedział, że to przez niego. Taki duży chłopak, a takie dziecko. Ojciec tak powiedział, a potem wynajęli ten dom. Musieli uciekać. Rodzice by tak nie powiedzieli, ale on wiedział, że tak było. Coś wewnątrz niego sprawiało, że wciąż to robił. Zbyt mocno zaciskał dłonie i to się stawało.

         Ale z nią było inaczej, chyba bardziej się starał, żeby nie zrobić jej krzywdy, cały czas myślał o tym, kiedy byli razem, kiedy dotykał jej ciała. Żeby tylko nie zacisnąć dłoni, żeby tylko nie zrobić jej nic złego. A dłonie miał duże, wręcz ogromne, chociaż do niczego nie przydatne, tak mówił ojciec. Wieczne z ciebie dziecko, zawsze będziesz dzieckiem, tak mówił. I był wtedy w jego głosie ton łagodnego skarcenia, ale też dużo ciepła. Delikatna nagana topiła się niemal w cieple ojcowskiego przywiązania. Tak to przynajmniej odczuwał Michał, a Michał miał w sobie coś z psa, jak każdy opóźniony umysłowo, a psy, jak wiadomo, rzadko się mylą w swoim odczuwaniu.

         To ona poznała jego, on nie miałby chyba odwagi zacząć rozmowy, zawsze lubił chodzić za innymi, robić, co mu się kazało. I ona mu wtedy powiedziała: chodź. Nigdy nikogo nie zapraszałam, ale ty chodź, chodź ze mną. Wszystko dlatego, że zobaczyła go nago. Nigdy wcześniej nie widziała nikogo nago, a jego zobaczyła i nagle poczuła, że go pragnie, że go potrzebuje. Zobaczyła go, gdy dotykał się w starej szopie. Chodził tam czasem i to robił, bo wiedział, że w domu nie może, że rodzicom by się to nie spodobało, a do szopy nikt oprócz niego nie chodził. Było tam brudno i pełno pajęczyn, ale on czuł się wspaniale, rozbierał się i dotykał swojego ciała, uśmiechał się do siebie i czekał na ten moment, gdy wszystko w nim wybuchało. I ona właśnie wtedy go zobaczyła.

         Więc poszedł za nią i potem przychodził do niej codziennie. Ale ona zawsze powtarzała: to już ostatni raz, więcej nie przychodź, słyszysz, nie przychodź więcej. Ale przychodził, a ona tak naprawdę tego chciała. Podobało mu się jej chude ciało, długie palce, taki niepewny półuśmiech, to drżenie, które nigdy nie ustępowało. Dlaczego drżała? Tego nie wiedział, ale czuł, że to ma coś wspólnego z manekinami.

         Manekiny stały w salonie na dole. Nie chciała mu nic o nich powiedzieć, ale kiedyś przyszedł niespodziewanie i zobaczył, że z nimi rozmawia. Do jednego, tego z twarzą kobiety, mówiła: babko. Dlaczego nazywała manekin babką? Kiedy go zobaczyła, przestała. Zapytał ją, dlaczego mówi tak do plastikowej figury, ale go jakoś zbyła. To zresztą nie było trudne, wystarczyło, żeby zaoferowała mu swoje ciało. Poszli na górę i kochali się długo i intensywnie. Ale podejrzał ją jeszcze raz. Wszedł drzwiami od strony ogrodu i zobaczył, jak namiętnie dotykała drugi manekin, ten z twarzą mężczyzny. Przeraziło go to, ale też poczuł się zazdrosny. Zobaczył, że drugi manekin, ten z twarzą kobiety, jest odwrócony tyłem. Oliwka zachowywała się tak, jak wtedy, gdy byli razem. Pieściła sztuczne ciało figury i jednocześnie siebie. Ocierała się o ten plastikowy kształt, jakby był człowiekiem. Nagle zobaczyła Marka i krzyknęła przerażona. Ubrała się szybko i powiedziała, że tylko czyściła manekin. Ale on nie mógł zapomnieć tego, co widział.

         Spotykali się codziennie wieczorem, ale nie robili właściwie nic innego poza uprawianiem seksu. A on zaczął pragnąć czegoś więcej, marzył o niej, kiedy był w domu, a czasem nawet śniła mu się ona. Zaczął sprawiać trudności rodzicom, przestał być dzieckiem, które zaspokaja pokarm i zabawa.

         Powiedział jej o tym. Że ją kocha. Odwróciła się do ściany i kazała mu wyjść. Wyszedł, ale następnego wieczora był bardziej natarczywy. Chcę być z tobą, powiedział. To niemożliwe, wydobył się z niej beznamiętny, pusty głos. Dlaczego? Bo jesteś taki, wiesz jaki. Poszedł sobie, wrócił do domu, nie mógł spać, nie chciał spać, zaczął krzyczeć, rozbił szklankę i rzucił w matkę talerzem. Natychmiast się uspokój, powiedziała, przecież wiesz, jakie są warunki, wiesz, co się stanie, jeśli nie będziesz się odpowiednio zachowywał. Wiedział, pamiętał długie miesiące w monotonnym, pastelowym szpitalu. Czas rozciągnięty jak gumę, godziny przelewające się jedna w drugą, dudniące zwierzęcym strachem.

         Uspokoił się. Postanowił, że będzie udawał, że nic się nie stało, że wszystko jest tak, jak wcześniej. Ale nie było. Nie mógł przestać o niej myśleć. Ale ona nie chciała go widzieć, ciągle mówiła: to ostatni raz, więcej tu nie przychodź. Kochali się i nic więcej.

         Dlatego zaczął kręcić się pod jej oknami. Ona jednak zawsze szczelnie zasłaniała zasłony i nic nie mógł zobaczyć. W końcu zaczął zakradać się do zapuszczonego ogrodu, stawał pod drzwiami i słuchał. Ona ciągłe coś mówiła, jakby z kimś rozmawiała, ale wiedział, że wewnątrz nikogo nie ma. W końcu postanowił wejść do domu, gdy ona na chwilę wyszła do sklepu. Schował się w szafie i czekał, aż ona wróci.

         Wróciła i zaczęła rozmawiać z manekinem o twarzy kobiety. Mówiła do niego babciu i traktowała, jak żywą osobę. Nie mógł tego zrozumieć, ale przecież wiedział, że jego umysł nie pracuje zbyt dobrze, rodzice bez przerwy to powtarzali. Był upośledzony, więc pewnie działo się tu coś, czego nie był w stanie pojąć.

– A teraz babcia pójdzie spać – powiedziała w końcu Oliwka i przestawiła manekin w pobliże ściany, odwróciła do tyłem do pokoju i przykryła kocem.

         Potem podeszła do drugiego manekina, tego o twarzy mężczyzny i zaczęła go namiętnie dotykać. Marek, zamknięty w szafie, poczuł, że jego ciało staje się gorące, że za chwilę wypłynie z niego ta rozgrzana wilgoć, która oznaczała szczytowy moment rozkoszy.

         Oliwka również była cała rozpalona, zachowywała się zupełnie tak, jak podczas ich wspólnych chwil w łóżku. Dotykała siebie i poruszała się rytmicznie z zamkniętymi oczami. W końcu zmęczona zgasiła światło i poszła do pokoju na górze.

         Marek podglądał ją potem jeszcze wielokrotnie, ale o niczym jej nie powiedział. Pomyślał, że to z powodu manekinów nie chce z nim być, że one są dla niej ważniejsze niż on. Dlatego postanowił je zniszczyć. Chciał ją mieć tylko dla siebie.

         Zakradł się do domu, gdy poszła do sklepu po chleb, pomarańcze i kiełbasę. Nie czekał długo, chwycił nóż i zaczął wbijać go najpierw w jeden, a potem drugi plastikowy kształt. Gdy zadał kilka ciosów, wkładał palce w szczeliny i rozrywał korpusy na strzępy. Uśmiechy zniknęły ze sztucznych twarzy, poharatane usta i nosy leżały bezbronnie na drewnianej podłodze. Był zmęczony, siadł obok różowych szczątków i postanowił zaczekać na Oliwkę. Teraz wreszcie będą mogli być razem, pomyślał i uśmiechnął się do siebie.

         Oliwka weszła i nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Co się stało, zapytała, kto to zrobił. Kto zabił babkę, kto zabił Adama? Jak to, zabił, zapytał Marek. Przecież to były manekiny. Czy ty nic nie rozumiesz?

         A więc to ty, powiedziała Oliwka, dlaczego to zrobiłeś, zaufałam ci, tylko tobie, nikogo nie było tu od lat, tylko ciebie wpuściłam, dlaczego wszystko popsułeś. Potem chwyciła nóż, który leżał na podłodze tuż koło niego, przystawiła go do jego szyi. Co mam teraz zrobić, no powiedz, co mam teraz zrobić, syczała w jakiś szaleńczo rozpaczliwy sposób. Nigdy jej takiej nie widział, zaczął się bać. Chcę, żebyś ze mną była, powiedział. A wtedy ona pociągnęła nóż w swoją stronę. Czerwień rozciągnęła się i pokryła świat jak budyń z jakiegoś nieznanego owocu.



         Przez chwilę zdawało jej się, że powietrze jest wodą, że napiera na nią, że jest ciężkie, a jednocześnie przyjemne. Coś przemawiało do niej z jej wnętrza i całe jej ciało szarpały sprzeczne uczucia przemożnego strachu, radości i dziecięcej ciekawości. A więc to tak, pomyślała, a więc możliwa jest taka lekkość, takie ciepło gładko rozchodzące się po mięśniach i kościach? Wreszcie czuła swój mózg, czuła go, wreszcie poczuła swoje całe ciało. Poszła na górę, położyła się w łóżku i zasnęła.

         Obudziła się następnego dnia i była już kimś innym. Obudziła się i zobaczyła swoje zakrwawione ręce. Prawie krzyknęła, z trudem powstrzymała się przed uzewnętrznieniem tej dziecięcej moralności. Zwyciężył w niej jednak instynkt samoobrony: nikt nie może się o tym dowiedzieć, inaczej ukarzą ją, wreszcie im się to uda.

         Zeszła na dół i postanowiła posprzątać kuchnię. Teraz sobie przypomniała: już kiedyś coś takiego jej się przydarzyło, dawno, kiedy była kilkuletnim dzieckiem. Miała wrażenie, że istnieje podwójnie, że w jej ciele walczą o swoje miejsce dwie Oliwki, jedna – przerażona zbrodnią, i druga – ta, która tę zbrodnię popełniła.

         Przez chwilę zwyciężyła ta pierwsza i dziewczyna się rozpłakała. Nagle przypomniało jej się całe jej życie, tych trzydzieści lat. Mniej więcej, bo nawet nie była pewna, kiedy są jej urodziny. Do tej pory żyła w transie. Teraz obudziła się z niego.

         Zabiła Marka. A kiedyś zabiła swoją babkę. Płakała, gdy sobie to przypomniała. Dlaczego to zrobiła? To przez manekina. Miała wtedy osiem czy piętnaście lat i babka przyłapała ją, gdy dotykała tego plastikowego kształtu, który był jedynym dostępnym jej mężczyzną. Babka nigdy nie pozwalała jej z nikim się spotykać, Oliwka musiała przez cały czas jej towarzyszyć. Jej rodzice zginęli w wypadku, tak powiedziała babka. Ale w niej zaczęły się budzić te dziwne uczucia, które jak teraz zrozumiała, były po prostu dojrzewaniem seksualnym.

         Babka zamknęła ją w piwnicy, gdy po raz kolejny przyłapała ją na lubieżnym obmacywaniu manekina. Nigdy nie była czułą kobietą, prawie się nie odzywała, od rana do nocy szyła ubrania, które potem zanosiła do fabryki. Do ich domu nikt nigdy nie przychodził. Była szwaczką, dlatego miała manekiny, na których wypróbowywała kolejne wykroje. Oliwka całymi dniami oglądała telewizję albo bawiła się w ogrodzie. Zawsze sama, towarzyszyli jej tylko wymyśleni przyjaciele, których ma chyba każde dziecko.

         Wtedy w piwnicy zaczęła się bać i wstąpił w nią wilgotny duch tego miejsca. Demon, którego już od dawna w sobie pielęgnowała. Dzieciństwo powoli odchodziło, nadpełzała dorosłość kaleka i pokrzywiona, niemal zabita przez babkę. Ona szyła i szyła i wydawało się, że zaszyła przed Oliwką cały świat. Ale ciało nie do końca dało się oszukać, wciąż miało swoje pragnienia.

         Oliwka uciekła z piwnicy i zakradła się do pokoju babki. Niczego nie planowała, wszystko jakoś tak samo wyszło. Chwyciła poduszkę i przycisnęła ją do starej, pomarszczonej twarzy. Wystarczyła minuta, może dwie i ciało opadło bez sił na pościel w maki i motyle. Potem trzeba było tylko wykopać dół w ogrodzie.

         Następnego dnia dziewczyna poszła do fabryki, powiedziała, że babka ją przysłała, że od teraz ona będzie przychodzić po materiały i zlecenia i przynosić z powrotem gotowe ubrania. Nikt niczego nie podejrzewał, nikt nie protestował. Oliwka była doskonałą krawcową, babka wszystkiego jej nauczyła.

         W ten sposób żyła przez wiele lat, wiedząc, że nie może się z nikim spotykać, bo wtedy wszystko się wyda. Aż w końcu spotkała Marka. Wiedziała, że jest upośledzony, poznała to od razu po jego twarzy, dlatego przyprowadziła go do domu. On by jej nie zdradził, był za głupi, żeby zorientować się w jej życiu. Tak myślała. Zresztą nikt by mu nie uwierzył, nawet gdyby komuś coś powiedział.

         Przez te wszystkie lata żyła tylko z manekinami. Ale dla niej to nie były plastikowe podobizny, traktowała je jak żywe istoty. Ten z kobiecą twarzą był dla niej babką, ten drugi traktowała jak kochanka. Dopiero teraz, otrzeźwiona śmiercią Marka, zdała sobie z tego sprawę. Dopiero teraz, po raz pierwszy zapłakała nad swoim życiem, nad tym, co babka zrobiła jej i co ona zrobiła babce.

         Nie wiedziała, czy chce być tą nową sobą, otrzeźwioną i świadomą, czy też tą starą, zamkniętą w bezpiecznym węźle obłędu. Czuła, że te dwie Oliwki walczą w niej, a ona nie ma tu nic do powiedzenia. Wiedziała jedno: zabiła dwie osoby, jeśli zdecyduje się powiedzieć o tym komukolwiek, będzie musiała ponieść karę. Być może wyrok zostanie złagodzony ze względu na okoliczności, ale nie zmieni to faktu, że jest zbrodniarką, zabójczynią.

         Życie w stary sposób oznaczało odgrodzenie się od świata, więzienie własnego domu. Musiała tylko pójść do ogrodu wykopać dół, a właściwie trzy doły, bo przecież w jej obłędzie manekiny były również ludźmi. Jej ciało zdecydowało za nią, poprowadziło ją przez zadymione korytarze niepewności aż do krystalicznie czystej prawdy. To była jej prawda i ona ją wybrała. Wybrało ją jej ciało, ale przecież ona była swoim ciałem. Szczęki trzymające ją w uścisku, krępujące jej ruchy nagle się rozwarły i wypuściły ją na wolność.

         Pragnęła tylko jednego: oglądania telewizji, długo, bez przerwy, do końca świata.



         Zastanawiałem się, powiedział psycholog, dlaczego to zrobiła. Jak gdyby nigdy nic zjawiła się na policji i o wszystkim opowiedziała. Podobno wyglądała bardzo źle, była brudna i głodna. Aresztowano ją, potem ja się nią zająłem. Opowiedziała mi całe swoje życie. Babka robiła z nią takie rzeczy, że nie mieściło mi się to w głowie. Zmarnowała jej życie. Organizm Oliwki bronił się przed nią, sprawił, że dziewczyna żyła jakby w transie. Dopiero śmierć Marka wyrwała ją z tego półsnu. Okazało się, że Oliwna nie jest upośledzona, jest jedynie nieco zamknięta w sobie, nieufna. Jeszcze nie było procesu, nie wiadomo, jaki będzie wyrok. Ale chyba najgorsze dla niej jest to, że jest świadoma tego, co zrobiła, że dręczy ją nieustanne poczucie winy.

         Ja oczywiście nie mam wątpliwości: manekiny były dla niej rodzajem fetyszy, przedmiotami zastępczymi. Bez udziału świadomości wmówiła sobie, że jeden z nich jest jej babką, a drugi kochankiem, prawdziwym człowiekiem. Tak zareagował jej organizm, to wcale nie jest takie rzadkie, podręczniki psychiatrii znają dużo takich przypadków. Bardziej mnie zastanowiło, jak to się stało, że dziewczyna była intelektualnie i emocjonalnie w pełni rozwinięta. Przecież wokół niej nie było nikogo, kto by jej tego nauczył! Babka z pewnością nie była dla niej odpowiednim wzorem, była osobą zimną, apodyktyczną, niedostępną, traktującą swoją wnuczkę niemal jak przedmiot.

         Okazało się, że wszystko dzięki telewizji. Oliwka nauczyła się wszystkiego dzięki oglądanym filmom, talk showom i programom publicystycznym. Oglądała historie innych ludzi i chłonęła je, podświadomie zdecydowała, że chce być taka jak oni, chce mieć podobne życie. Od nich też nauczyła się odpowiedzialności, szczerości i moralności.

         To dlatego poszłam na policję, powiedziała, bo widziałam to kiedyś na filmie. Te obrazy same do mnie przyszły, wróciły te wszystkie sceny i po prostu nie miałam wyboru. Z telewizji nauczyłam się miłości i nienawiści i wybrałam miłość. Chcę ponieść odpowiedzialność za swoje czyny, powiedziała, nie mogłabym inaczej żyć.

         Sam nie wiedziałem, jaki wyrok byłby sprawiedliwy w tej sytuacji, na szczęście nie zależało to ode mnie. Uczciwość zawodowa wymagała ode mnie, żebym pozostał w tej sytuacji obiektywny. Tak naprawdę nie miałem za dużo roboty, po przeprowadzeniu kilku testów, przekazałem wyniki policji. Stwierdziłem, że dziewczyna jest świadoma i prawidłowo rozwinięta. Ale dodałem też, że w czasie obu zabójstw nie była sobą, żyła wówczas jakby w transie, w obu przypadkach wydawało jej się, że tylko się broni, nie była w stanie stwierdzić różnicy pomiędzy człowiekiem a manekinem. To manekiny wydawały jej się żywymi istotami, to na nie przerzucała swoje wszystkie uczucia.

        

         Zostałam uniewinniona i wyszłam na wolność. Ale w pewien sposób stałam się manekinem. Żyję sama, siedzę najczęściej w salonie i niemo patrzę przez okno w stronę ogrodu. Żyję wciąż w tym samym domu, nie potrafiłabym się z niego wyprowadzić. W głowie bez przerwy dudnią mi słowa wypowiedziane przez sędzię, wyniki policyjnego śledztwa: ta kobieta nie była moją babką, porwała mnie, kiedy byłam małą dziewczynką. Ustalili to na podstawie jej pamiętnika, ale nie udało im się dowiedzieć, kim byli moi rodzice. Być może w ogóle się nie starali, przecież to nie było im potrzebne do śledztwa… Ustalili za to, dlaczego rodzice Marka się przeprowadzili. Ten chłopak też kogoś zabił, nie chciał tego zrobić, ale po prostu czasem nie panował nad swoją agresją. Kilka lat wcześniej zbyt mocno uderzył dziewczynę, z którą się kolegował. Został uniewinniony w dziwnych okolicznościach, jego rodzice podobno zapłacili rodzicom tej dziewczyny, podobno, nie było tu jasności…

         Więc wyszłam na wolność i żyję z całą tą wiedzą. Co powinnam teraz zrobić, w jaki sposób postępować, do czego dążyć? Psycholog powiedział wyraźnie: jestem normalna, jestem normalnie rozwiniętą kobietą. Chyba wolałabym być szalona. Szaleństwo pozwala na dystans, wiem, bo żyłam tak przez wiele lat. Ale nie mam wyboru, moje ciało wybrało za mnie.

         Życie i śmierć przestały się dla mnie liczyć. Ubieram się, jem, ale chyba tak naprawdę nie żyję. Chciałabym pewnego dnia odnaleźć moich prawdziwych rodziców, może wtedy mogłabym zacząć wszystko od początku, wyobrazić sobie, że zawsze byłam ich córką, że nigdy nie zostałam porwana, że to wszystko w ogóle się nie wydarzyło. Widziałam coś takiego kiedyś na filmie, więc może to jest możliwe. Nigdy nie lubiłam ambitnej sztuki, wystarczała mi ta naiwna, hollywoodzka papka. W tym świecie nawet największe zbiegi okoliczności wydają się prawdziwe i naturalne.

Czas - Mirosław Apanel - wyróżnienie WIEPS 2015 - POEZJA

Czas.  - Mirosław Apanel
     
W nieprzerwanym ciągu chwil forma bytu materii,
Gdy przenika przestrzeń dawka kwantowej energii.
Komu czas teraźniejszy sprzyja? Wszystkim, kto jego nie zabija.
Kto wie, jaki wymiar czas ma? Wymierzony temu, kto o niego dba.                
Kiedy to czas przeszły przemija? We wszystkich kto się nie rozwija…
Któż to… o czasu kierunek dba? Wektor. Strzała… co to siebie gna.
Czemu mówią, że jest ,,jak woda’’? Gdy płynie po prąd, zdrowia doda.
Czy możliwe jest zatrzymać czas? Gwarancją, że jest z materii jak głaz.       
Czas przyszły czy jest warto znać? Gdy można jego jak najwięcej brać.
Czy chce się go zmieniać obok nas? Gdzieś, bez zmian, tylko… nie w nas.
Czas. Jaki z niego tyran? Drogocenny i wolny, zajęty i stracony,
Mija i płynie, upływa i leci, pędzi i ucieka, leczy i zaciera wspomnienia.
Gdy kwestią czasu nieuchronnie coś musi się stać, można zabijać?

"CHŁOPCY" - Adam Bolesław Wierzbicki - I nagroda WIEPS 2015 - PROZA



"CHŁOPCY" - Adam Bolesław Wierzbicki

                                                                       Wilk wolny wyję  
na smyczy pies skowycze

                                                                                             Jacek Kaczmarski Obława IV

Tego sobotniego poranka, jak niemal co tydzień od kilku dobrych miesięcy obudziłem się w pokoju Mango. Miał w nim tylko jeden tapczan, więc jak zwykle skazani byliśmy na spanie pod wspólną pościelą.
- Chłopcy wstawajcie jedenasta dochodzi – usłyszałem z kuchni głos jego matki - śniadanie wam zrobiłam. Napiekłam wam kani, w tym roku chyba jeszcze nie jedliście.
Powoli otworzyłem oczy. W głowie mi jeszcze szumiało po wczorajszych baletach. Do północy było jeszcze w miarę. Z tego, co było później, już niewiele pamiętam. Spałem tradycyjnie od ściany, obok mnie na brzuchu, z twarzą opartą na rękach, cicho pochrapując spał Mango. Spał w opakowaniu. Z garderoby, jaką włożył na wczorajszą dyskotekę zdołał zdjąć tylko buty. Z wielkimi oporami podniosłem się z tapczanu i założyłem niebieski big stary.
 - Chłopcy wstawajcie, kanie wystygną. Zimne już nie będą takie smaczne – ponaglała pani Mikloszewska.
 - Wstajemy Mango. Jedenasta. Trzeba coś wymyślić. Dzisiaj musimy w końcu rozliczyć się z Kaktusem. Inaczej u niego będziemy spaleni – szarpnąłem za rękę swego kompana od imprez.
 - Daj spokój Gral. Kurwa jeszcze trochę zaraz wstanę – mruknął przez sen Mango.
 W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
 - Proszę, proszę. Co pani puka przecież jest pani u siebie w domu – powiedziałem do matki Mango, gdy ta stanęła w drzwiach niosąc dwa talerze pachnących grzybów.
 - Ano pukam Michaś, bo myślałam, że może jakieś dziewczyny na noc przyprowadziliście. Raz jak nie zapukałam, a u Janusza była jakaś dziewczyna, to mnie opieprzył i od tej pory zawsze pukam. A wy, co znowu wczoraj popiliście. Wstawaj Janusz. Śniadanie. Budź go Michaś. Ja wam zaraz przyniosę jeszcze chleba i herbaty – powiedziała kładąc talerze z kaniami na ławie.
 Mango przeciągając podniósł się z tapczanu. Sięgnął pod fotel i wyciągnął spod niego pół butelki wody mineralnej. Wypiwszy połowę jej zawartości przekazał mi resztę.
 - Kurwa, w pól do dwunastej – powiedział spojrzawszy na zegarek. - Za dużo wczoraj było, za dużo. I po chuj przytargałeś tutaj tego lachociąga.
 - Jakiego lachociąga? – spytałem próbując kojarzyć wydarzenia wczorajszego wieczora.
- Tę kurwę, która się do nas przysiadła, jak te gwiazdy z Dobrzynia dały dzidę. Wystraszyłeś je. Za ostro podszedłeś. Z takimi trzeba powoli, z tydzień pobiegać, zajechać do chaty na kawę i dopiero później, a ty chciałeś od razu.
- To jeszcze pamiętam. Nie chciały pić kolejnego wina. Jedna coś powiedziała, żebym wypił je sam. To wyjebałem je całe z gwinta.  Potem wsiadły do wartburga jakiegoś leszcza, a później już urwał mi się film.
 - Zainwestowaliśmy w ponad dwie setki setek. Najadły się napiły i spierdoliły. Zgarnął je ten  leszcz, a my wyszliśmy na frajerów. Ale przynajmniej powiedziały, że przyjadą dzisiaj i nawet dotrzymają nam towarzystwa, jak się będziemy normalnie zachowywać. Cwane sztuki, nie pierwsze lepsze dyskotekowe wywłoki. Jednak nie ma lasek, nie do wyrżnięcia. Wszystko jest kwestią czasu i pieniędzy. Z lepszymi dupami, tak jak z samochodem, trzeba nieraz posmarować, żeby pojechać.
 - Tylko my w ostatnim czasie coraz więcej smarujemy, a coraz mniej jedziemy. Jak tak dalej pójdzie to będziemy jechać na ręcznym.
 Sięgnąłem do kieszeni spodni wyciągając pogniecioną paczkę marsów oraz dwa sfatygowane banknoty z wizerunkiem Chopina. W paczce były dwa papierosy, w tym jeden złamany przy filtrze. Włożyłem do ust całego i odpaliłem z pomocą leżącej na ławie zapalniczki.
 - Byłeś w wojaku, jakoś sobie poradzisz – dałem Mango papierosa złamanego przy filtrze.
– Została ci jeszcze jakaś sieka? – spytałem.
 Mango wyjął z kieszeni spodni kilka tysiączłotowych banknotów.
- Zostaw sobie do podtarcia dupy, nie mamy nawet na papierosy, a dzisiaj mieliśmy rozliczyć się z Kaktusem. Coś trzeba będzie wymyślić. Powiedz lepiej, co z tym lachociagiem.
 - Przysiadła się do nas, postawiłeś jej chyba ze trzy piwa i obiecałeś, że albo ją przenocujesz, albo odwieziesz motorem do domu. Potem przywlokłeś ją do mojego pokoju, rozebrałeś się do gaci, pierdolnąłeś na wóz i poszedłeś w kimę. To pomyślałem, że na bezrybiu i rak ryba. Włożyłem jej rękę w gacie, a tam kisiel, kurwa chyba z tydzień się nie kąpała. O nie panie Mikloszewski pomyślałem, śmierdziela to ty ruchał nie będziesz. Otworzyłem rozporek, ona od razu do gębicy. Widać, że rasowe kurwiszcze. Jednak, co tylko pomyślałem o jej piździe, to pompa zaczęła mi zaraz opadać. To powiedziałem, żeby dała sobie spokój, bo i tak się nie spuszczę i kazałem jej spierdalać do domu. A ona do mnie, czy może przespać się na fotelu. Ja jej, że nie, bo jak stara wpadnie rano, to mi zrobi aferę, że dziewczyny na noc do domu przyprowadzam i wypierdoliłem ją z chaty.
- Skąd ona właściwie była? –spytałem.
- Gdzieś chyba z Kałkowa.
- To się kurwa przespacerowała – powiedziałem śmiejąc się. - Do Kałkowa będzie chyba z dziesięć kilometrów.
Do pokoju weszła matka Mango niosąc na tacy chleb i dwie szklanki herbaty. Postawiła ją na ławie i spojrzała na nas litościwym wzrokiem.
 - Jedzcie chłopcy jedzcie, bo wam nic innego, tylko te dyskoteki w głowie, a najeść też się nieraz trzeba, żeby mieć siły tańczyć w dyskotece - powiedziała kierując się ku wyjściu.
- To właściwie ile my wisimy Kaktusowi? – spytał Mango popijając herbatą połknięty uprzednio kawałek kani.
 - Do wczoraj zalegaliśmy prawie półtora banki. Plus to co wczoraj, czyli jakieś trzy i pół cztery stówy. Około miliona dziewięćset się zakręci. Plus skromnie trzy stówki na dzisiaj. Trzeba będzie znowu spróbować z tymi z Dobrzynia, za dużo w nie wczoraj zainwestowaliśmy, żeby odpuścić. Trzeba do tego jeszcze dodać minimum trzy setki na paliwo i papierosy, to będzie razem jakieś dwie i pół bańki Z Kaktusem dałoby się jeszcze coś załatwić, przełożyć, czy rozłożyć na raty, ale za barem rządzi jego żona, która zbytnio mnie nie lubi za to, że przed ślubem, jak Kaktus jeszcze był w wojsku, a ona była już w ciąży, wyciągałem go na panienki. Ostatnio Kaktus mi mówił, że w domu suszyła mu głowę, że przez takich kumpli jak my, to muszą dopłacać do interesu. I tak mamy nieźle z Kaktusem, nigdy nie kasuje nas za wjazd.
 - Coś trzeba wymyślić, gdyby był towar. Opchnęłoby się parę gratów i na pewno ze dwie bańki by się przycięło.
 - Tylko skąd wziąć towar, jak od prawie dwóch miesięcy nie jeździmy na Niemcy. W stodole zostało tylko parę śmieci, których nikt za darmo nie chce. A miało być tak kolorowo, a tu ciągle plecy. By ci dołożyć do żuka pożyczyłem od starych pięć baniek. Miałem oddać po miesiącu, a tu minęło już prawie trzy miechy i chuj, nie oddałem nawet bańki.
- Moja wina, że Szwaby powyjeżdżały na wakacje i nie ma wystawek?  We wrześniu wszystko ruszy to się nareszcie odkujemy. Lecz dzisiaj mamy dwunastego sierpnia i trzeba myśleć o dzisiejszym dniu. Skąd wziąć kasę, aby oddać dla Kaktusa – powiedział Mango wstając z fotela, by wyjrzeć na podwórze. – Chyba ktoś idzie, bo psy szczekają. Chuj z tym, ma przyjść to przyjdzie - dodał.
 - Jaman nie pożyczy z bańki? - spytałem. - W tygodniu miał chyba wypłatę. Przecież to twój dobry kumpel. Znacie się od dziecka.
- Nie ma szans. Dwa miechy temu pożyczył mi bańkę, gdy kupowałem drugi silnik i jeszcze  mi go przełożył. Miałem mu oddać po miesiącu i dołożyć jeszcze na flachę za robotę. Nie przewidziałem jednak, że lato na wystawkach będzie takie chujowe. Po drugie znasz Jamana, na pijaństwo i kurestwo kasy nie pożycza.
- Jest w domu, jest w domu – usłyszałem za drzwiami głos gospodyni. - W pokoju u siebie odpoczywają z Michałem po wczorajszej dyskotece.
- Włazić - krzyknął Mango zanim usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
 W progu stanął Robert Mylski sąsiad Mango z naprzeciwka zwany od dziecka Łylputem. Miał na sobie zielony wyjściowy, wojskowy mundur, na którego pagonach widniały dwie belki oznaczające stopień kaprala.
- Czołem żołnierzu - przywitał go po wojskowemu Mango – Jaka tam cyfra do wyjścia? Co tak na galowo, macie dzisiaj jakąś defiladę?
- Trzydzieści dwa dni i cywil – powiedział Łylput uśmiechając się. - Ty Janusz mam do ciebie sprawę.
- To szybko melduj o co chodzi, bo my tutaj z porucznikiem Gralickim mamy ważną naradę sztabową.
- Zawiózłbyś mnie do fotografa. Specjalnie przyjechałem dzisiaj w mundurze, by sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie. Obiecałem swojej dziewczynie.
- Nie mam czym żołnierzu, łada nawalona, a z żuka wyciągnięty silnik, no więc jak widzisz, nie da rady. Chyba że – Mango spojrzał w moim kierunku, w jego oczach zauważyłem charakterystyczny błysk. Wiedziałem, że  rozpoczął już grę – zrobimy to inaczej. Po chuj ci jechać do fotografa. Gral ma w domu niezły aparat kodaka. Motorem skoczymy do miasta, kupimy film. Przed trzecią wrócimy, Gral zrobi ci całą sesję. W poniedziałek damy film do fotografa i jak przyjedziesz na kolejną przepustkę będziesz miał gotowe zdjęcia.
 - A ile to będzie kosztować? – spytał Łylput.
Mango spojrzał w moją stronę. Jakby szukał u mnie wsparcia.
- Film koniki, czy fuji kupisz już za sto dwadzieścia, sto trzydzieści tysięcy, ale to chuj nie filmy, zdjęcia wychodzą na nich kiepsko, a ty Łylput chyba kiepskiego zdjęcia dziewczynie dawał nie będziesz - powiedziałem powoli przeciągając słowa. - Najlepszy jest kodak. No i aparat mam Kodaka, więc zdjęcia wyjdą ekstra. Film kodaka kosztuje prawie dwie stówy, no i zdjęcia z wywołaniem też koło dwóch stów, ale te w najmniejszym formacie. Nie chcesz chyba Łylput, żeby dziewczyna oglądała cię przez lupę, więc musisz zamówić przynajmniej format pocztówkowy. To cię wyniesie prawie pół bańki. Masz tyle?
 Łylput sięgnął do wewnętrznej kieszeni wojskowej bluzy i wyciągnął z niej czarny skórzany portfel. Otworzył go, po czym wyciągnął z niego pięć stutysięcznozłotowych banknotów  i wręczył je Mango.
- No kapralu możecie się odmeldować – powiedział Mango chowając pieniądze do kieszeni w spodniach. - Skoczymy tylko z Gralem do Bełżynia, gdzie mamy do  załatwienia kilka spraw. Później w Zaliszewie kupimy ci ten film i około trzeciej, będziemy z powrotem, by zrobić ci tą sesję zdjęciową.
- Tylko przyjedźcie z tym filmem, obiecałem dziewczynie te zdjęcia – powiedział niepewnym głosem Łylput kierując się ku drzwiom.
- No co ty Łylput, przecież znasz mnie nie od dziś – powiedział Mango uśmiechając się. Wyobrażasz sobie, abyśmy zrobili w chuja obrońcę ojczyzny.
- No to na razie. Będę u ciebie o trzeciej tylko kupcie ten film – w głosie Łylputa było już więcej optymizmu.
 - No to pięć stów już jest – powiedział Mango po wyjściu Łylputa lekko się uśmiechając.
- Trzeba będzie kupić paliwo do twojego rzęcha, fajki i cały chuj zostanie. – Z moimi starymi nic się nie załatwi, matce dwa miesiące temu zabrali rentę, a stary ostatnio powiedział, że nie da mi nawet na oranżadę, jak się nie wezmę za uczciwą robotę. A jak u ciebie stoją sprawy?
- Matuli nie ma w chacie, pojechała na jakąś pielgrzymkę czy odpust. Gdyby była, zapewne odpaliłaby parę setek dla marnotrawnego syna. Spróbuję z ojcem, ale będzie ciężko. Znasz mojego starego, ma swoje zasady. Może będąc w Bełzyniu, spróbujemy coś wyciągnąć od Arbuza.
- Na Arbuza bym raczej nie liczył, ostatnio nas pogonił i nie dziwię mu się wcale, wisimy mu prawie dziesięć baniek - powiedział Mango.
- Za wysoko z nim wtedy poszedłeś. Wciskając mu za dwanaście baniek dowód rejestracyjny wraz z umową sprzedaży na jego nazwisko łady, wartej niby dwa razy tyle, której nie widział nawet na oczy, jakbyś nie wiedział, że Arbuz jeździ tylko rowerem. Wymyśliłem na niego patent. Banieczkę powinno się wycisnąć.
- Dobra wpół do pierwszej. Czas brać się za robotę. Jedziemy zatankować motor i na Bełzyń. Jednak najpierw skoczymy do sklepu. Trzeba kupić fajki i wypić po jakimś piwie. Po tych wczorajszych baletach smali mnie, jak jeża po jabłkach.
- Swoją drogą z tym Łylputem trochę chujowo wyszło. Żołnierzy nie powinno się przewalać – powiedziałem, gdy szliśmy w stronę stojącej pod wiatą mojej etezetki.
- Łylput niech spierdala – powiedział twardo Mango. – Jak byłem na unitarce tłukł moją dupę.
- Łylput? Tłuk twoją dupę? – spytałem zdziwiony. –Którą?
- Pamiętasz, przed wojskiem całe dwa tygodnie biegałem z Anitą Piaseczną.
- Smerfetką? Tą kurwą? Przecież mend od niej dostałeś.
- To nieistotne, mendy wykryli mi dopiero w wojsku. Siedziała u mnie na chacie przez całe dwa tygodnie. Nie pamiętasz tego, wtedy bujałeś się z Kaktusem przed jego weselem. Do domu woziłem ją tylko po to, by się przebrała i wykąpała. Wiesz przecież, że do swojej wanny żądnych kurew nie wpuszczam. Trzeba było się wystrzelać przed półtoramiesięcznym przymusowym celibatem. Nawet podczas cioty też ją waliłem. Kładła ręcznik pod dupę i jazda. Żadnych przerw, nieraz nawet po kilka numerów w ciągu dnia. Chuj stał mi wtedy niemal na okrągło. Kurwa bo kurwa, przecież żenić się z nią nie zamierzałem, chciałem sobie tylko dobrze poruchać przed wojskiem. Na pociąg też mnie odprowadziła obiecując, że będzie czekać. Przyjeżdżam na pierwszą przepustkę i dowiaduję się, że Łylput się ze Smerfetką buja. Chuj w dupę frajerowi, najwyżej mend dostanie pomyślałem, choć wiedział, że przed wojskiem ją tłukłem, żołnierzowi, tym bardziej kumplowi, dupy się nie rusza. Udałem obrażonego. Zaczął mi stawiać, przepraszać. Powiedziałem, że nie ma sprawy. No przecież za kurwę nie będę bił kumpla nawet takiego jak Łylput.
 - No to teraz z Łylputem jesteście kwita – powiedziałem.
 Chwyciłem motor za kierownicę i potrząsnąłem nim na boki.
- W baku prawie echo – mam nadzieję, że się jakoś dokulamy do cepeenu – powiedziałem, kopiąc na ssaniu w nóżkę startera.
- O nie, nie kolego Gralicki – powiedział Mango wyrywając mi kierownicę. - Po wczorajszych dyskotrzaskach masz jeszcze co najmniej z promila. Kierowca z ciebie kiepski, a ja nie chcę wylądować na przydrożnym drzewie. Jest jeszcze tyle fajnych panienek do zaliczenia. Bierz się za pchanie.
- A jak zawiną nas pały i pozbędziesz się prawka, to kto będzie jeździł na Niemcy?
- Spoko węża – powiedział Mango - do Bełżynia pojedziemy przez las. Jednak najpierw pod sklep, trzeba kupić fajki i wypić po jakimś piwie.
 Motor odpalaliśmy na zapych.  Mango pchał za kierownicę, ja z tyłu za oparcie. Odpalił po kilkunastu metrach.
- Wskakuj – krzyknął Mango – myślałem, że znowu będą kłopoty z odpaleniem tego twojego rzęcha.
 Podjechaliśmy pod sklep. Mango oparł etezetkę o ścianę, po czym ruszyliśmy w stronę otwartych sklepowych drzwi.
- Tutaj też chyba coś wisimy – powiedziałem, gdy wchodziliśmy na schody.
- Nie przejmuj się tym i zostaw to mi – powiedział spokojnym tonem Mango – Jesteś na moim terenie.
 W sklepie nie było nikogo. Mango podszedł pod ladę wyciągając z kieszeni spodni pieniądze otrzymane od Łylputa.
- Cztery paczki czerwonych marsów i dwa EB na miejscu – powiedział pewnym głosem.
- A wy chłopcy czasami nic nie jesteście mi krewni? - stwierdziła raczej, niż spytała ekspedientka w balzakowskim wieku o lekko zaokrąglonych kształtach, uśmiechając się przy tym.
- Co tam kierowniczko, takie długi to nie długi.. Na razie dwie stówki za papierosy i piwo, a co zostanie, niech kierowniczka odpisze od tego co wisimy, resztę na bank oddamy w przyszłym tygodni, gdyż aktualnie przechodzimy lekkie kłopoty finansowe.
- Dobrze chłopcy -,powiedziała sklepowa kładąc piwo na ladzie. - Macie szczęście, że was lubię.
- Nas trudno nie lubić – powiedział Mango, gdy zmierzaliśmy w stronę wyjścia.

*  *   *
- Podjechaliśmy pod mój dom. Ojciec krzątał się po obejściu nosząc jakieś wiadra. Nawet nie spojrzał w naszym kierunku, gdy weszliśmy na podwórko.
- Cześć tato – powiedziałem lekko skruszonym tonem. – Jak tam, kiedy będziemy słomę zwozić?
 - Dzień dobry panie Tadziu – powiedział Mango. – Jak tam  w tym roku żniwa, zboże dobrze sypało?
- A witam gospodarza – powiedział z sarkazmem ojciec. – A ty Janusz pytaj o plony gospodarza. Tak się worków nanosił przy omłotach, że chyba kręgosłup mu wysiadł. Do sanatorium trzeba będzie chyba go wysłać. Matka pojechała do Częstochowy. Bigos i gołąbki są w lodówce. Ręce macie. Możecie sobie odgrzać.
 - Spoko, jakoś sobie poradzimy – powiedziałem otwierając wejściowe drzwi do domu.
- Pilnuj tego bigosu – powiedziałem do Mango, gdy już byliśmy w kuchni stawiając patelnię na kuchence gazowej. – Ja spróbuję zagadać ze starym, ale cienko to widzę. Słyszałeś jak nas przywitał.
 Wyszedłem na podwórko. Ojciec akurat wychodził z obory. Postanowiłem zagrać w otwarte karty, bez zbędnego owijania w bawełnę.
- Pożyczyłbyś mi tato jeszcze bańkę, Do połowy września oddam ci wszystko - od razu przeszedłem do sedna sprawy.
 Ojciec oparł widły o ścianę obory i popatrzył na mnie litościwym wzrokiem.
- Słuchaj Michał – zaczął swój wywód. - Rolnikiem to ty nie zostaniesz. Od dziecka nie miałeś do tego zamiłowania. Zawsze wolałeś czytać książki. Jedyne co lubiłeś w dzieciństwie to paść krowy. Przy tej robocie mogłeś bez problemu sobie poczytać. Trzeba było dalej się uczyć, a nie wywijać na studiach. Od jesieni zaczynałbyś już ostatni rok. I jeszcze pobiłeś tego profesora od literatury, za co cię wyrzucili z uczelni.
- Próbował się dobierać do mojej dziewczyny – odparłem starając się opanować wzburzenie.
- I nie wyrzucili mnie, tylko sam zrezygnowałem.
- Czy cię wyrzucili, czy zrezygnowałeś, efekt taki sam, od dwóch lat już nie studiujesz  -ciągnął dalej ojciec. - Co do dziewczyn, to mówią, że tego kwiatu to pół światu. Nieraz ze skrzynki wyciągam po kilka listów adresowanych do ciebie z naklejonymi sercami, czy odbitymi ustami, których nawet nie otwierasz. Skończyłeś dwadzieścia trzy lata, najwyższy czas poważnie pomyśleć o życiu. Twoi koledzy pożenili się, mają dzieci, pracują, a ty ciągle tylko byś się bawił. Już w szkole, w klasie maturalnej, zacząłeś rozrabiać. Szczęście, że matka dobrze zna się z dyrektorem, bo by cię ze szkoły wyrzucili. I matury z niemieckiego też byś nie zdał, gdybyś nie zachodził do tej nauczycielki. Po tym jak skończyłeś szkołę, ona zaraz wyjechała z Zaliszewa, wyszła za maż i urodziła dziecko. Mówią, że twoje, nie bój się ludzie wszystkiego się dowiedzą.
- Pierdolą głupoty – powiedziałem wzburzony. – Nic między nami nie było. Chodziłem tylko do niej na kawę, by podciągnąć się z niemieckiego. – No to co, pożyczysz mi tę bańkę.
- Bańkę mówisz, milion złotych. Na milion złotych to chłopaki z Bełżynia prawie tydzień w tartaku pracować muszą. Poszedłbyś do roboty, to byś wiedział ile trzeba potu wylać, żeby zarobić milion złotych. Nie chcesz pracować fizycznie, próbuj zarobić głową. Matka załatwiła ci przecież robotę w Wieściach Zaliszewskich. Artykuły byś pisał, studiowałeś polonistykę, pisać więc umiesz.
- Za takie pieniądze to niech sobie burmistrz sam piszę – odparłem z trudem opanowując narastający we mnie gniew.
- A ty byś chciał od razu zarabiać tyle co minister. To trzeba było się dalej uczuć.  Jak zdałeś maturę, kupiliśmy ci motor. Koledzy twoi mieli, więc nie chcieliśmy z matką, żebyś czuł się gorszy. Dwa lata utrzymywaliśmy cię, na studiach też ci niczego nie brakowało. Później zapisaliśmy na ciebie gospodarkę, bo bardzo bałeś się wojska. Taki z ciebie gospodarz, że  na żniwa pojechałeś nad jezioro pod namiot. Miałeś wrócić na drugi dzień, wróciłeś po tygodniu. Ludzi musiałem najmować. Pieniędzy na życie nie dajesz wcale. Jesz ile chcesz i jeszcze kolegów karmisz, dobra, nie będziemy z matka jedzenia ci żałować. Matka też kupuję ci papierosy, żebyś nie musiał od kolegów żebrać jak dziad. Opłacamy za ciebie KRUS, żebyś w przyszłości miał jakąś rentę. Pożyczyłem ci pieniądze na tego żuka, bo miałeś zarabiać na tych niemieckich śmieciach. Nie oddajesz, dobra. Komu mam pożyczyć, jak nie synowi. Ostatnio dałem ci też na przegląd motoru. Przeglądu nie zrobiłeś, sprawdzałem w dowodzie rejestracyjnym. Nie wiem w ogóle czy ten twój motor przeszedłby przegląd, przecież ta kupa złomu ledwo jeździ, jak ci go kupiliśmy był niemal w idealnym stanie. I ty jeszcze chcesz, żebym Ci pożyczył milion złotych na hulanki. Weź się lepiej za czytanie książek, maże przeczytasz w nich coś,  co ci się przyda w życiu.
- Czytam, czytam – powiedziałem wkurwiony do granic wytrzymałości. – „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego.  - Ciekawa analiza osobowości ludzkiej. Polecam.
- Ty już lepiej nie filozofuj. To filozofowanie to jeść ci nie da – usłyszałem za plecami głos ojca wchodząc na schody.
- Dobra wpierdalamy ten bigos – powiedziałem do Mango siadając przy stole w kuchni.           – Potem ja się wykąpię, a ty przykręcisz tłumik w etce, bo chodzi głośno jak czołg. W warsztacie znajdziesz potrzebne klucze Będziemy jechać do Zaliszewa, wiec  trzeba będzie uważać na pały, a z niedokręconym tłumikiem przypał murowany.
*  *  *
Wypożyczalnię kaset wideo na osiedlu Piastowskim w Zaliszewie prowadził mój kolega z liceum Grzesiu Krzycki. Kolega to może za  dużo powiedziane, gdyż nawet nie chodziliśmy do jednej klasy. On uczył się w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, ja zaś humanistycznym. Razem mięliśmy tylko wf, na którym chłopaki zazwyczaj robili z niego łacha, gdyż  miał mizerne osiągnięcia w lekkiej atletyce, a i talentu do gier zespołowych nie miał za grosz, czego przyczyną była zapewne jego nadmierna tusza. Tak przynajmniej było przez pierwsze dwa lata, gdyż w trzeciej i czwartej klasie moja absencja na lekcjach wf przekraczała grubo dziewięćdziesiąt procent, a jeśli już się na nich pokazywałem to zazwyczaj już byłem po kilku piwach i paląc w szatni papierosy patrzałem, jak wylewają na parkiecie pot kandydaci na przyszłych mistrzów olimpijskich. Czego Bóg nie dał Grzesiowi w mięśniach, dał mu w głowie. Po maturze dostał się bez problemu na wymarzone budownictwo. Jednak z tego, co później słyszałem, z powodów finansowych po drugim roku przeniósł się na studia zaoczne.
- Witam kolegę Michała – powiedział  wyciągając do mnie prawą dłoń, gdy wraz z Mango przekraczaliśmy próg jego wypożyczalni. – Chyba u mnie pierwszy raz. Co w przyszłym roku magisterka?
- Nie, musiałem przerwać studia – powiedziałem rozglądając się po regałach z kasetami.
- A ja w tym roku obroniłem dyplom inżyniera, a od przyszłego roku zaczynam magisterkę. Od jesieni trzeba będzie zacząć pracować w swoim zawodzie, a do tej budki zatrudnić jakiegoś pracownika, bo od kiedy zamknęli w mieście kino, obroty w interesie znacznie wzrosły, choć lato to nie sezon na oglądanie filmów, jednak od października drzwi się tu nie zamykają. Szukacie czegoś konkretnego, może pomóc. Widzieliście ostatni film z Brucem Willisem? Codziennie ktoś go pożyczą, ale właśnie przed chwilą klient mi go zwrócił.
- Spoko zaraz sobie coś wybierzemy – powiedziałem kierując wzrok w jego stronę. Zauważyłem, że zdecydowanie zbił masę, przez co wydawał się znacznie wyższy i pozbył się pryszczy na twarzy będących w szkole obiektem drwin.
 Gdy zostaliśmy w wypożyczalni sami wywaliłem prosto z mostu o co mi chodzi.
- Słuchaj Grzesiu nie będę owijał w bawełnę. Potrzebuję dobrego pornola – powiedziałem zerkając w stronę drzwi wejściowych w obawie, by nie wszedł jakiś znajomym lub jeszcze gorzej, znajoma.
- Ty Gral pornola?  - W głosie Grzesia wyczułem wyraźne zaskoczenie - Pamiętam, że w ogólniaku nie mogłeś opędzić od panienek. Co, skończyło się już wielkie branie i brędzlujesz się przy trzepakach. Co, nie masz teraz nikogo?
- Jakbym miał to bym u ciebie nie wypożyczał – powiedziałem z ironią w głosie, tylko nie wiem czy Grubas to wyczuł.
 - Chcemy z Gralem zaprosić panienki na chatę - do rozmowy wtrącił się Mango. - Puścimy im pornola i będziemy przerabiać z nimi nowe pozycję.
- A ja od studniówki jestem ciągle z Izą. Pamiętasz Izę Poszwińską, chodziła do ekonomika i to ty poznałeś ją ze mną tuż przed naszą studniówką. Na Wielkanoc zaręczyliśmy się, a na  wrzesień przyszłego roku planujemy ślub.
- Pewnie, że pamiętam, była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole No to gratuluję trafnego wyboru – powiedziałem z udawanym podziwem.
Narzeczona Grubego była naprawdę ładną dziewczyną. Miała tylko jedną wadę, lubiła się pierdolić. Pamiętam z licealnych czasów, że przeleciało ją połowa bywalców Omegi. Sam ją zaliczyłem. Po tym, jak podeszła do mnie z oświadczeniem, że odda mi się, ja wezmę ją ze sobą na studniówkę. Skończyło się na szybkim numerku w kiblu, potem nawet zaczęła mi robić pałę, ale powiedziałem jej żeby dala sobie spokój, bo jestem zbyt pijany i drugi raz się nie spuszczę. Na studniówkę planowałem iść z Elizą z Id, więc wcisnąłem ją Grubemu, który był wniebowzięty, że z nią pójdzie i jeszcze postawił mi za to butelkę wódki. W końcu na studniówkowy bal poszedłem sam, Elizy nie puścili starzy, gdy dowiedzieli się komu ma towarzyszyć na studniówce, co wcale nie przeszkadzało mi się dobrze bawić.
Mam  parę niezłych trzepaków spod lady dla zaufanych klientów. Co was interesuje? Murzynki, Azjatki, seks grupowy.
- Najlepiej, jakby to był jakiś filmik z fabułą i do tego jeszcze z polskim lektorem.
- Mam coś takiego „Hotel w kurorcie”.
 No to dawaj – powiedziałem, bo trochę nam się spieszy.
Gruby oddalił się na zaplecze i zanim wrócił niosąc kasetę w czarnym opakowaniu, ja puściłem porozumiewające oko do Mango.
- Należy się dwadzieścia tysięcy - powiedział Gruby podając mi kasetę do ręki. I film wraca do mnie najpóźniej w poniedziałek do czternastej.
 Mango sięgnął do kieszeni. Po czym spojrzał w moją stronę oznajmiając.
- Ty Gral, zostawiłem twój portret na stole w kuchni. Dobrze, że nas pały nie złapały, bo byłby przypał, w portfelu były dokumenty od motoru.
- Nie ma pieniędzy, nie ma filmu – powiedział Gruby wyciągając do mnie rękę. - W interesach nie ma kolegów.
- Ty Grzesiu nie wygłupiaj się. Trochę nam się spieszy. Dziewczyny czekają. W poniedziałek przywiozę ci kasetę i forsę. Ze względu na stare czasy, przecież poznałem Cię z Izą.
- No dobra, ale w poniedziałek jesteście u mnie z forsą i kasetą.
- Nie ma sprawy. No to trzymaj się Grzesiu. Powodzenia w interesach i samych radosnych dni z Izą – powiedziałem, gdy wraz z Mango skierowaliśmy się w stronę drzwi wyjściowych.
Podchodząc do motoru przybiliśmy sobie piątkę.
- No to teraz do Arbuza - powiedział Mango - Na co pan czeka panie Gralicki, trzeba brać się za pchanie.
Po piętnasty metrach pchania, etka wreszcie zaskoczyła. W biegu wskoczyłem na siedzenie i pomknęliśmy w stronę mojej rodzinnej wsi.
*   *   *
 Dom Arbuza znajdował się na samym końcu Bełżynia. Dom to określenie znacznie na wyrost. Była to właściwie chata, a nawet rudera wybudowana w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku. Jedyny remont, jaki zrobili jego właściciele po drugiej wojnie,  polegał na pomalowaniu okiennych ram w pokoju od podwórza. Arbuz był jedynakiem i przyszedł na świat, gdy jego rodzice byli już po czterdziestce. Udało mu się skończyć zawodówkę, a że nie miał zamiłowania do pracy na roli, po szkole rozpoczął pracę w miejscowym tartaku. Jego ojciec zwykł mówić, że z mojego Henryka nie będzie rolnika, więc nie mieli wyjścia i pięciohektarowe gospodarstwo przekazali na skarb państwa. Arbuz, mimo że mieszkał w rozlatującej się ruderze bez kibla i bieżącej wody, której wyposażenie stanowiły meble z czasów Hitlera z wyjątkiem szafy i podwójnego łóżka z epoki późnego Gomułki, które okazyjnie kupił jego ojciec za pieniądze, które otrzymał sprzedając krowę posiadał największą w okolicy kolekcję kaset magnetofonowych oraz płyt kompaktowych, a sprzętu RTV, pozazdrościć mógł mu niejeden noworysz. Drugą wielką pasją Arbuza były gołe panienki. Nie znaczy to wcale, że Arbuz podglądał z krzaków kobiety na plaży nudystów czy podchodził pod okna łazienek, by sycić wzrok ciałami młodych dziewczyn kąpiących się przed sobotnią dyskoteką, nie był nawet nigdy na dansingu ze striptizem. Arbuzowi wystarczały gole panienki, które wycinał z kolorowych gazet. Z tego to powodu regularnie kupował Razem, Panoramę i ITD. Pamiętam jak jeszcze za czasów komuny Kaktus przywiózł z Francji świerszczyk z mocnymi scenami pornograficznymi, z którego zawsze, gdy kończył nam się alkohol, wyrywaliśmy po parę kartek, po czym wymienialiśmy je z Arbuzem na wino które robił, lub gotówkę. Później, gdy tylko pojawiły się magnetowidy Arbuz przerzucił się na ruchome obrazki.
 Podjechaliśmy moją rozklekotaną etką pod obejście Arbuza. Mango oparł motor o szczerbaty płot i skierowaliśmy się w stronę furtki. Gdy stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi w drewnianym ganku, zapukałem w nie mocno. Po chwili usłyszeliśmy szczek zasuwki, niczym w więziennej celi. Po czym w progu stanął grubas ubrany we flanelową koszule, w zielonoczarną kratę oraz niebieskie dżinsy tak zwane marmurki, które były ostatnim krzykiem mody niemal dziesięć lat temu, z siwiejącymi włosami na okrągłej jak globus głowie. Był to  Arbuz.
 - Witam moich sumiennych dłużników. Czyżbym wreszcie doczekał się spłaty moich ciężko zarobionych pieniędzy - powiedział Arbuz uśmiechając się szeroko, tym samym ukazują brak dwóch górnych jedynek. – O ile dobrze pamiętam, wisicie mi dziewięć i pół miliona. Połowę z tego mieliście mi oddać ponad miesiąc temu, a resztę w tym miesiącu. Jakoś wam się nie spieszy – dodał, gdy usiedliśmy na ławkach w ganku, wszak Arbuz do domu nikogo obcego nie wpuszczał. Ja wprawdzie miałem okazję być u niego kilkanaście razy w domu, ale tylko dlatego, że byłem jego kuzynem.
- No wiesz Arbuz, na razie zastój w interesach, ale do końca września spłacimy cię na bank i jeszcze dostaniesz od nas jakiś prezent – zacząłem zagajać rozmowę.
- Nie pierdol mi Gral o bankach. Banki są od pożyczania pieniędzy a nie ja, a  na razie to ja jestem waszym bankiem. Nic wam już nie pożyczę. Nawet na oranżadkę w proszku.
- Słuchaj Arbuz - ciągnąłem dalej. - Na razie jesteśmy w lekkim dołku, ale na jesieni się odkujemy. Do końca września będziemy na zero. Na razie mamy coś dla ciebie w ramach procentu za zwłokę. Na pewno ci się to spodoba. Pokaż Mango, co mamy dla naszego Henryka Wspaniałego.
- Mango zza dżinsowej kurtki wyciągnął kasetę, którą wyłudziliśmy w wypożyczalni u Grzesia. Niezły filmik z fabułą i tłumaczeniem, a jakie sceny. Zresztą sam zobaczysz. Dopisujesz nam jeszcze bańkę do naszego konta i kaseta jest twoja – powiedziałem, gdy  Arbuz otworzył pudełko z kasetą. - No to bierz kasetę i śmigaj po tą bańkę.
 - Spokojnie - powiedział Arbuz. - Najpierw muszę zobaczyć, co jest na tej kasecie, bo może wcisnęliście mi bajki z Myszką Miki. Już raz ożeniliście mi pod sklepem aive, która miała być sprawna, a sprawna była jak chuj. Musiałem zapłacić za naprawę pół miliona. Poczekajcie parę minut tylko sprawdzę, co na tym jest, to się dogadamy.
- Jak myślisz wciągnie tego trzepaka? - Spytał Mango wyciągając papierosy, gdy za Arbuzem zamknęły się drzwi.
- Powinien, ale nie wiem czy wyskoczy z bańki, znasz Arbuza lubi się targować –powiedziałem zaciągając się nikotynowym dymem.
  Po chwili wrócił Arbuz. W ręku  trzymał gruby zeszyt w szarej plastikowej okładce, po czym siadł na ławce i otworzył go na ostatniej stronie.
- Michał Gralicki i Janusz Mikloszewski, para cwaniaków, przekrętów i naciągaczy. Z czego jeden na moje nieszczęście jest moim kuzynem. Udają przed panienkami na baletach wielkich biznesmenów, szkoda tylko, że za nie swoje pieniądze - zaczął swój wywód Arbuz spoglądając do swego zeszytu. - Pierwsza pożyczka u mnie dwudziestego maja 1993 roku trzy i pół miliona, rzekomo na zakup lewych papierosów. Od tej pory pożyczaliście u mnie siedemnaście razy. Oddawaliście jedynie dziewięć. Ostatnia spłata dziewiątego maja tego roku - półtora miliona. Ostatnia pożyczka szóstego lipca - trzy miliony. Aktualny stan zadłużenia wynosi dziewięć i pół miliona. I wy jeszcze chcecie pożyczyć ode mnie bańkę. Jeśli chodzi o kasetę to film jest niezły. Mogę go od was kupić, za sto tysięcy, lub pożyczyć do przegrania, w zamian dopiszę do waszego rachunku trzy stówki. - Wybór należy do was.
 - Heniek powiedziałem do niego po imieniu – pożycz tą bańkę. - Jak pożyczysz to nawet tej kasety nie musisz oddawać. Nóż mamy na gardle. Przecież jesteśmy kuzynami.
- Z rodziną to się najlepiej na zdjęciu wychodzi i to z boku, żeby można było w razie czego się wyciąć – odciął się Arbuz.
- Co na kolana mam przed tobą paść? – spytałem patrząc mu w oczy.
- Mażesz klękać, a nawet paść krzyżem. Gdybyście oddawali w terminie to zawsze byście mieli u mnie otwarte konto, a że walicie w chuja to stawka jest ostateczna.
- A może Heniek – w sukurs przyszedł mi Mango – pożyczysz pięć paczek i kaseta jest twoja. I będzie równe dziesięć baniek. Zawsze to równy rachunek. Nie będziemy się przecież targować o głupie dwie paki. Za to w przyszłym tygodniu załatwimy ci do przegrania coś ekstra. Azjatycki seks grupowy, z tłumaczeniem. Z tego co słyszałem, kaseta z tym filmem od tygodnia krąży po mieście.
- No dobra tym razem wam ustąpię. Dam wam te pół miliona - Arbuz sięgnął do kieszeni spodni, wyciągnął z niej brązową portmonetkę w kształcie podkowy,  wyjął z niej pięćsettysięczny banknot, po czym wręczył mi go do ręki. - Ale do końca września mamy być na zero, bo nie pożyczę wam więcej ani grosza - kierując się w stronę furtki usłyszeliśmy za placami tubalny głos Arbuza.
*  *  *
- No to bryndza - powiedziałem do Mango. - Mówiłem, że nie wyciągniemy, bańki od Arbuza, ale i dobre pięć paczek. W sumie z tym co zostało po pięciu paczkach, które wyciągnęliśmy od Łylputa, będzie prawie siedem. Potrzebujemy jeszcze prawie dwie bańki, aby spłacić Kaktusa i mieć na dzisiejsze balety.
 Siedzieliśmy u mnie w pokoju pijąc kawę pod papierosa.
- Dochodzi czwarta. Na trzecią umówieni byliśmy z Łylputem na zdjęcia. Trochę poczeka, chuj z nim. Mamy jeszcze jakieś pięć, sześć godzin  by coś wykombinować - powiedział Mango zaciągając się papierosem. - Spróbuję z Jamanem, może się ulituje i pożyczy z pięć paczek, ale cienko to widzę. Nie ma co pierdolić, siedząc na chacie nic nie wykombinujemy. Na razie nie jest źle, na dzisiejsze balety już mamy, a Kaktus może udobrucha swoją żonę, by przełożyła spłatę na następny tydzień. Bierz ten aparat i jedziemy zrobić Łylputowi tą sesję zdjęciową. Łylput nigdy nie grzeszył bystrością i szanse, by sprawdził czy w aparacie jest film, są niemal równe zeru. Pożyczę mu jeszcze na sesję moją gazówkę z klamką, będzie wyglądał niemal jak oficer. No to kończ te kawę i spierdalamy. Czas goni.
*  *  *
 Jechaliśmy przez Bełżyń w stronę Miłakowa, gdzie mieszkał Mango, gdy zobaczyłem stojącego przy furtce Artura Torbińskiego, czołowego napastnika Zemsty Bełżyń, nazywanego przez chłopaków we wsi Torpedą.
 - Stań przy Torpedzie, mam mały cwańcyg – powiedziałem do Mango kierującego motorem. - Może uda mi się wyciągnąć od niego parę setek.
 Mango zahamował z piskiem opon przed samym Torbińskim.
- Cześć Torpeda - zszedłem z motoru i podałem mu rękę na przywitanie. – Co, wybierasz się na balety do Opowa.
 - Nie mam czym. Trzy tygodnie temu, jak pojechałem z Bełtem i Miarą, to musiałem dziesięć klocków z buta wracać. Pojechali odwieźć jakieś dwie dupy do Kałkowa i tyle ich widziałem. Czekałem na nich prawie do piątej, a oni wrócili na drugi dzień w południe. Całe spodnie upierdoliłem w glinie, bo wracałem na skróty, a lało wtedy jak skurwysyn, przemokłem do suchej nitki, a do paliwa dołożyłem im sto dwadzieścia patyków i tak mnie zrobili w chuja.
- Bo się wozisz z jakimiś frajerami. Szkoda, bo Ela z Sosnówki się o ciebie pytała.
- Ela naprawdę? Pytała o mnie? –Torpeda z wrażenia otworzył swoje mięsiste, niczym u Murzyna usta.
 Eli Miernik z Sosnówki wpadł w oko kuzyn Lutek, który w ubiegłym roku bawił u mnie na wakacjach. Chłopak z Wrocławia, z miejskim obyciem, ubrany w markowe łachy i zawsze przy forsie, nie mógł opędzić się od miejscowych dziewczyn. Jedną z wielu, której złamał serce była właśnie Ela. Przed wyjazdem poprosił mnie, abym poznanych przez niego dziewczynom nie dawał jego namiarów. Kiedyś na jednej zabawie, na której był też i Torpeda, podeszła do mnie Ela lekko wstawiona i powiedziała, że zrobi dla mnie wszystko, jeśli dam jej numer telefonu do swojego kuzyna. Na seks za bardzo nie miałem ochoty, gdyż byłem już po dwóch golach z miejscową pięknością (dopiero piękna to ona się okazała następnego dnia, gdy wytrzeźwiałem i zbudziłem się u niej w łóżku), które strzeliłam, na tylnym siedzeniu należącego do Bełta, malucha. Powoli włączał mi się bankrut, a chciałem jeszcze coś wypić. Na sali wypatrzyłem Torpedę. Podpierał, jak zwykle, ścianę sącząc powoli piwo. Praktycznie nie pił, więc zawsze był przy kasie. Powiedziałem Eli, że dam jej numer telefonu do Lutka, jeśli poprosi Torpedę do białego walczyka i będzie towarzyszyć mu do końca zabawy, po czym podszedłem do Torpedy i powiedziałem mu, że wpadł Eli w oko i chciałaby go poznać. Torpeda zaniemówił z wrażenia, gdy mu pokazałem Elę. Myślał, że robię sobie z niego jaja. Więc założyłem się z nim o litr wódki. Ponownie zaniemówił z wrażenia, gdy Ela podeszła do niego i poprosiła go do tańca. Po pierwszym tańcu podszedł do stolika, przy którym siedzieliśmy z Mango i rozpromieniony dyskretnie wręczył mi półmilionowy banknot.
- To ja może zabiorę się z wami motorem, we trzech się jakoś zmieścimy – wystrzelił jak z kałasznikowa podjarany Torpeda.
- Co ty Torpeda, pojebało cię. Nie ma takiej możliwości. Po pierwsze musimy jechać przez Zaliszewo, bo mamy tam interes do załatwienia, więc jazda we trzech na motorze odpada. Po drugie, po Elę do Sosnówki, wypadałoby pojechać samochodem. Uśmiechnij się do Mango to cię może do tej Sosnówki zawiezie.
- Ty Janusz zawiózłbyś mnie? – błagalnym głosem spytał Torpeda.
- No nie za bardzo, łada jest przed remontem silnika, ma przepały, pali jak smok, a w baku prawie pusto.
- Nie martw się na paliwo dam. Mów ile i jeszcze na flachę dołożę  - naciskał Torpeda.
- Dwie, trzy stówy no mów. U mnie z kasą nie ma problemu.
- Trzy stówy  wystarczy chyba na paliwo, ale silnik jeszcze olej bierze. Więc i olej trzeba by było kupić.
- Nie ma sprawy. Poczekajcie tylko skoczę po kasę. - Torpeda niczym prawdziwa torpeda pomknął do domu po pieniądze. Po chwil wrócił niosąc w ręku milionowy banknot. – Nie miałem drobnych – mówił jak nakręcony. Kupcie co trzeba za połowę, resztę mi oddacie, a na dyskotece jeszcze wam flachę postawię. O której po mnie będziecie.
Przed ósmą bądź gotów. Wykąpany, wypachniony najlepszą perfumą, w najlepszych łachach i zgol ten pizdowaty wąs, bo wyglądasz w nim jak lider zespołu discopolowego -powiedziałem do Torpedy, wskakując na motor.
*  *  *
- No Robert odwaliłeś się jak na defiladę – powiedział Mango do Łylputa, gdy ten dumnie wyprężał pierś przed obiektywem mojego kodaka. – Szkoda, że na sesję nie zaprosiłeś swojej dziewczyny, bo by wam Gral parę fotek razem cyknął. Widzisz jaki miałem pomysł z ta sesją zdjęciową. Posiedziałeś sobie spokojnie w domu z dziewczyną i nie musiałeś się tłuc po jakichś fotografach. Z tą giwerą wyglądasz przynajmniej jak sierżant. No Gral, ile już cyknąłeś tych fotek? - spytał Mango zwracając się w moją stronę.
- Ponad dwadzieścia - odpowiedziałem lakonicznie.
- No to Łylput chyba starczy. Po chuj się niepotrzebnie w koszty wpierdalać. Resztę filmu wycykamy ci na baletach, jak będziesz z dziewczyną.
- A kiedy będę miał te zdjęcia? – spytał Łylput.
- No za tydzień, jak przyjedziesz na następną przepustkę. Można by zrobić znacznie szybciej. Ale to kosztuje drożej.
- No dobra – powiedział Łylput - niech będzie na następny tydzień.
*   *   *
 W domu u Mango szykowała się impreza. W tygodniu wypadły imieniny jego matki. Gospodyni przełożyła spotkanie rodzinne na sobotę. Do domu  Mango zaczęli zjeżdżać jego liczne ciotki i wujkowie. Dochodziła szósta. Siedzieliśmy z Mango w kuchni i opychaliśmy się sałatką jarzynową.
- Jedzcie chłopcy jedzcie – powiedziała Mango matką. - Jeszcze wam dołożę, żebyście godni nie byli. Znów będziecie całą noc się bawić. Jak poczekacie jeszcze parę minut to dam wam jeszcze gołąbków, zaraz wyjmę je z piekarnika.
W tym momencie w drzwiach kuchni stanęła tęgawa kobieta, nieco przed pięćdziesiątką.
- Witam chrzestną - powiedział Mango wstając na powitanie. - Nic się ciotka nie zmienia.
- Za to ty Janusz wyprzystojniałeś po tym wojsku. Odwiedziłbyś nieraz chrzestną. Chyba z pięć lat u mnie nie byłeś. Masz już jakąś narzeczoną. Na to mów, żebym już na prezent zaczęła zbierać.
- Nie ma tam ciotka u ciebie jakiejś poważnej kandydatki. Chętnie bym ją poznał.
- Mieszka, u nas po sąsiedzku taka, może być rok albo dwa od ciebie starsza. Liceum ekonomiczne skończyła, pracuje w banku  i robi zaoczne studia we Wrocławiu. Ostatnio nawet nowego malucha sobie kupiła. Wysoka, zgrabna szatynka, na pewno by ci się spodobała.
- Mówisz ciotka, że  w banku pracuje, to mnie musisz koniecznie z nią poznać.
- No nie wiem, a jak wam się po ślubie nie ułoży to ja będę winna. Bo ty Januszku to trochę latawiec jesteś.
- Ciotka, kto tu mówi o ślubie. Ruchać mi się chce, a nie żenić. A jak mi powiedziałaś, że w banku pracuje to pomyślałem, że może by mi jakiś kredyt załatwiła. Ostatnio cierpię na chroniczny brak gotówki.
 W jednym momencie z Mango parsknęliśmy śmiechem.
- Oj Janusz, Janusz, żarty sobie z ciotki robisz. Kiedy ty wreszcie wydoroślejesz?
- Ciotka teraz zupełnie serio. Mam taką jedną, z którą chciałbym się ożenić, tylko że daleko mieszka, a ja nawet nie mam na paliwo, żeby do niej pojechać. Pożyczy mi ciotka bańkę na paliwo, a jutro przywiozę ją tu z zaręczynowym pierścionkiem. Pierścionek już nawet mam. Kolega, który ma lombard obiecał mi go sprzedać po okazyjnej cenie.
 - Znaczy się milion złotych chcesz żebym Ci pożyczyła, nie wiem czy przy sobie mam tyle -powiedziała ciotka Mango sięgając to torebki.
- Nie dawaj mu Janka żadnych pieniędzy - dobiegł nas głos ojca Mango z sąsiedniego pokoju. - Niech się leń za robotę weźmie, bo tylko pijaństwo i kurestwo mu w głowie. Bierz kolegę i wypierdalaj mi do swojego pokoju, a nie tu ciotce w głowie mącisz. Narzeczony mi się kurwa znalazł.
*   *   *
 Na ściennym zegarze wiszącym nad drzwiami w pokoju Mango, dochodziło wpół do ósmej, gdy do pokoju, w którym siedzieliśmy, weszła siostra Mango, Grażyna.
 - No przystojniaczki, jak samopoczucie przed sobotnią dyskoteką. Jakie ciuchy mam wam szykować? Osobiście proponuję, abyście dziś wskoczyli w niebieskie levisy oraz te białe polówki, które w ubiegłym miesiącu kupiliście sobie w Zielonej Górze. No mam je wam prasować?
 - Prasuj – powiedział Mango wypuszczając przez nos dym z papierosa.
 Zazwyczaj ubieraliśmy się tak samo lub bardzo podobnie i z wyjątkiem bielizny niejednokrotnie wymienialiśmy się garderobą, gdyż byliśmy niemal identycznej postury. Mango był tylko dwa kilogramy ode mnie cięższy, ja zaś przerastałem go o trzy centymetry. Często kupowaliśmy takie same łachy i nawet nie rozróżnialiśmy, co do kogo należy.
- Tylko za dużo nie pijcie na tych baletach, bo znowu wyrwiecie jakieś pasztety. Dwa tygodnie temu to Michał całował się z taką brzydulą, że aż strach było patrzeć.
- A ty co kurwa zazdrościsz, że z tobą nie miał się kto całować – odwarknął Mango. – Nie pierdol, tylko bierz się za prasowanie, bo zaraz jeszcze za kosmetyczkę będziesz robić.
 Po dziesięciu minutach Grażyna przyniosła wyprasowane białe koszulki polo.
- No przebierajcie się i czas na makijaż - powiedziała kładąc polówki na oparciu fotela.
- No to przebierajcie się i do łazienki, bo ja też chcę dzisiaj iść na dyskotekę.
*  *  *
- Będziecie mi musieli niedługo kupić tusz do brwi oraz puder w kremie, bo mi się kończą –powiedziała Grażyna nakładając puder na moją twarz. –Więcej zużywacie kosmetyków niż ja.  Najlepiej z avonu od Gośki Kwepisz. Są dość tanie i bardzo dobre.
- Nie marudź tylko nakładaj ten puder na Grala, trochę nam się spieszy. Przed baletami muszę jeszcze skoczyć do Jamana. Dostałaś na urodziny fotel obrotowy to nie pierdol – odpowiedział jej nerwowo Mango.
- No dobra piękniejsi już nie będziecie. Możecie iść na podryw – powiedziała Grażyna zakręcając tubkę z pudrem w kremie. - Tylko po co wam ta tapeta. Pierwszy raz widzę facetów robiących sobie makijaż.
- Bo ty jeszcze mało widziałaś – powiedział Mango, gdy wychodziliśmy z łazienki.
*  *  *
- Ty pal etkę i jedź do Kaktusa rozliczyć się z jego żoną. Daj jej na razie bańkę dwieście, no bańkę trzysta. Cztery paki powinno nam wystarczyć na dzisiaj. Ja podejdę do Jamana, może coś od niego wyciągnę – powiedział do mnie Mango, gdy byliśmy już na podwórku.
 Wychodząc, w furtce omal nie zderzyliśmy się z Gośką Kwapisz, sąsiadką Mango z naprzeciwka, najlepszą koleżanką Grażyny.
- O dobrze Janusz, że cię widzę, bo mam do ciebie sprawę - powiedziała stając w progu.
- Mów szybko o co chodzi, bo trochę nam się spieszy – powiedział Mango.
- Ty jeździsz na te wystawki do Niemiec, w związku z tym mam do ciebie prośbę. Jakbyś przywiózł taki fotel obrotowy na kółkach i z regulacją wysokości, taki jak dałeś na urodziny Grażynie, to bym chętnie go od Ciebie kupiła. Przydałby mi się do szycia.
- Taki fotel u nas w sklepie kosztuje prawie dwie bańki. Ja ci mogę go ożenić za połowę ceny, a gdybyś dała mi dzisiaj parę setek zaliczki, sprzedałbym ci go nawet za siedem paczek. W poniedziałek z Michałem jedziemy na Niemcy na trzy dni, na pewno coś przywieziemy. Takich foteli to już przywieźliśmy chyba z dwadzieścia, zawsze schodzą, jak ciepłe bułki. No to leć do domu po cztery stówki, w czwartek dołożysz mi trzy i masz piękny fotel do szycia.
- Nie kochany, będzie fotel będą pieniądze. Kota w worku to ja kupować nie będę. Jeśli będzie w takim stanie jak Grażyny to dam ci nawet banieczkę.
- No dobra będziesz miała taki fotel – powiedział mango do Goski. – Ty Gral jedź do Kaktusa, ja jeszcze muszę na chwilę skoczyć do domu.            
*  *  *.
Z domu Mango do wiejskiej świetlicy w Opowie, gdzie Kaktus prowadził balety, było niewiele ponad kilometr. Odległość ta zazwyczaj pokonywaliśmy spacerkiem.
Gdy dochodziliśmy do pierwszych zabudowań Opowa, Mango wyciągnął z kieszeni lewisów dwa pięćsettysięczne banknoty.
- Główka pracuje – powiedział wymachując mi nimi przed nosem. – Z Kaktusem będziemy dziś na zero, jak go dzisiaj spłacimy to będziemy mięli otwarte konto do końca wakacji.
- Załatwiłeś - stwierdziłem zdziwiony.  - Co Jaman ci jednak pożyczył?
- Nieważne. Bez obaw panie Gralicki. Ze mną nie zginiesz – powiedział Mango uśmiechając się enigmatycznie.
 Minęło wpół do dziewiątej. Przed dyskoteką stało już kilka samochodów. Z wnętrza sali dobiegała głośna muzyka. Na schodach, na biletach stał jak zwykle Bolo, mierzący grubo ponad metr dziewięćdziesiąt i ważący ponad sto kilo kuzyn Kaktusa.
- O przyszli miejscowi dyskplejboje – powiedział, wyciągając do nas na powitanie prawicę potężną niczym bochenek chleba. - No to które dzisiaj wyrywacie.
- Pomyślimy - lakonicznie odpowiedział Mango.
Wzorem genialnych psychopatów futbolu Diego Maradony i Claudio Caniggi, którzy całowali się w usta, po każdej strzelonej przez siebie bramce, przed wejściem do środka stanęliśmy twarzami do siebie, spletliśmy obie dłonie i delikatnie musnęliśmy się ustami.
- Za dzisiejsze strzelone gole – powiedzieliśmy równocześnie.
*   *   *.
- To wy jesteście ci słynni Mango i Gral, a właściwie to Janusz Mikloszewski i Michał Gralicki. To zaszczyt nas trafił, że możemy siedzieć z wami przy stoliku i prowadzić miłą konwersację, pijąc czerwone wino, bo wczoraj to raczej ciężko było z wami rozmawiać. Zwłaszcza z  Michałem, chyba wypił trochę za dużo – powiedziała szafirooka szatynka o równiutko przystrzyżonej grzywce, opadającej jej na oczy o imieniu Ewa, z lekką ironią w głosie.
Siedzieliśmy na zewnątrz, na drewnianych ławkach, wykonanych z przeciętych wzdłuż na pół drewnianych bali.
- No, Gral wczoraj trochę za dużo wypił – zaczął tłumaczyć mnie Mango. - Trochę się wkurzył, bo kupił wino, a wy nie chcieliście z nami pić.
 - A co, chcieliście nas upić, a później zaciągnąć w pobliskie krzaki i wykorzystać - do rozmowy wtrąciła się Sylwia, szczupła, wysoka blondynka z włosami upiętymi w koński ogon i kolczykami w postaci kwiatów w uszach. – Z nami nie jest tak łatwo. Do nas najpierw trzeba  przyjeżdżać na kawę i domowe ciasto, później na niedzielne obiady, Dać na zapowiedzi, kupić pierścionek, no to potem może by coś było, a w tak chcielibyście od razu na pierwszym spotkaniu. My takie nie jesteśmy.
 - My też nie, to dziewczyny zawsze łamią nam serca, a potem zostawiają. Nie ma sprawy. Możemy do was przyjeżdżać. Na pierścionki zarobimy i o tych, jak tam, zapowiedziach też coś się pomyśli – wtrąciłem się do rozmowy.
- Przyjedźcie jutro do nas, do Dobrzynia, oprowadzimy was po parku, pokażemy ruiny pałacu. No co przyjedziecie? A czym wy się właściwie zajmujecie? Studiujecie, pracujecie?
- Spytała Ewa.
- Ja na wiosnę wyszedłem z wojska. Od października wybieram się na mechanikę. W przyszłym tygodniu jadę złożyć papiery na polibudę. A na razie, jak to na pograniczu. Takie tam interesy import, eksport – odpowiedział Mango.
 - A ty Michał co porabiasz? – spytała Sylwia wpatrując się we mnie swymi niebieskimi oczami.
- Razem z Mango jeździmy na te Niemcy, oprócz tego jestem rolnikiem. Rodzice zapisali mi parę hektarów ziemi. Trzeba poczuwać się do odpowiedzialności i pomagać starym - powiedziałem starając się uniknąć jej wzroku.
 - A jak ze studiami. Już skończyłeś?
- A co wy z policji jesteście? - odpowiedziałem pytaniem na pytaniem.
- Nie, ale jak się chcesz ze mną spotykać to chciałabym coś o tobie wiedzieć. Ja studiuję polonistykę na WSP, a Ewa pedagogikę opiekuńczo-wychowawczą. A ty nigdy nic nie studiowałeś?
 - Studiowałem, ale po drugim roku musiałem przerwać. Matkę zwolnili z pracy i nie wyrobiłem finansowo.
- Oj nosek rośnie jak u Pinokia. Ładnie to kłamać dziewczynę na pierwszej randce – mówiła lekko się uśmiechając. - Z tego, co wiem, to cię wyrzucili za jakieś rozróby.
- Nie wierz plotkom – powiedziałem i to ja tym razem popatrzyłem jej głęboko w oczy.
- A Aśkę Nawrocką znasz, chodziła z tobą do liceum? Wprawdzie nie byliście w jednej klasie, ale na studiach byliście na jednym roku. To moja kuzynka, sporo mi o tobie opowiadała. Ponoć pisałeś niezłe wiersze. Nawet je gdzieś tam publikowali. Chętnie bym poczytała, też próbuję coś pisać. Jak przyjedziesz do mnie na kawę to możemy  rozmawiać o poezji.
- Stare czasy. Dziś już bym nawet nie odróżnił sonetu od oktostychu – powiedziałem odwracając głowę, by nie patrzeć jej w oczy, gdy zobaczyłem biegnącą w naszą stronę siostrę Mango, Grażynę.
- Janusz ty złodzieju, ty chuju pierdolony – podbiegła do naszego stolika i zaczęła okładać Mango rękoma po twarzy. Dziewczyny z Dobrzynia patrzyły na tą scenę pełne konsternacji.
Ty złodzieju jebany. Zapierdolę cię - krzyczała Grażyna. Mango znacznie od niej wyższy odepchnął ją na długość ramion, więc dłońmi machała mu przed nosem. Z wielkim trudem udało mi się ją odciągnąć od brata. Potrząsnąłem nią za ramiona. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak wkurwionej.
- Spokojnie Grażyna – nadal  trzymałem ją za ramiona, choć już nią nie potrząsałem. - Co się stało, czemu jesteś taka wkurwioną i co chcesz od Janusza.
- Michał – krzyczała dalej Grażyna. To jest brat, to jest chuj nie brat. To jest złodziej pierdolony. Ty wiesz co ten chuj zrobił. Sprzedał Gośce fotel obrotowy, który dał mi na urodziny.
Spojrzałem w stronę Mango. Stał pod ścisną świetlicy ze spuszczoną głową.
- Nie będziemy ingerować w sprawy rodzinne – powiedziała Ewa.  - No to na razie chłopcy. Jak wy jesteście złodziejami to my raczej do domu was nie zaprosimy.
*   *  *
Siedzieliśmy we dwóch po incydencie z Grażyną, odechciało nam się bajeru z dziewczynami z Dobrzynia. Na stole stało niedokończone wino, jednak my przerzuciliśmy się na wódę. Piliśmy z pięćdziesięciogramowych kieliszków, opijając gorycz dzisiejszej porażki, gdy pod świetlicę podjechał czarny mercedes klasy s. Wyszły z niego dwie odpierdolone na czarno, wyglądające na miej więcej trzydzieści lat, blondynki.
- Ciekawe kogo na tych baletach stać, by zamawiać ekskluzywne kurwy – powiedział Mango patrząc w ich stronę.
- I to jeszcze ze stolicy – dodałem. - Mesiawka jest na warszawskich blachach.
Ku naszemu zdziwieniu. blondynki szły w naszym kierunku. Jedna z daleka nawet nam pomachała. Podeszły do naszego stolika i bez zapytania siadły obok nas.
- Pozwolicie, chłopcy, że się z do was przysiądziemy, chcemy z wami porozmawiać.
- Ale, o czym panie chcą z nami rozmawiać - powiedział Mango nieco speszony.
- O waszej przyszłości - odpowiedziała jedna z nich.
- Ale przecież my się nawet nie znamy – powiedziałem, w dalszym ciągu nie wiedząc o co tym damulkom chodzi.
- My o was  chłopcy wiemy za to bardzo dużo. Janusz Mikloszewski, znany jako Mango, syn Stanisława i Zofii, urodzony siódmego listopada 1975 roku. Absolwent Szkoły Podstawowej numer jeden w Zaliszewie. Już w podstawówce wykazywał niezwykły talent do gier zespołowych. W liceum ekonomicznym, do którego uczęszczał, był filarem drużyny koszykówki. Umysł ścisły, laureat stopnia centralnego olimpiady geograficznej. W wojsku zdegradowany ze stopnia kaprala za pobicie porucznika, z którego żoną miał romans ponoć za to, że się nad nią pastwił, pozostałą cześć służby wojskowej odbył w karnej kompanii. Aktualnie trudni się przemytem papierosów do Niemiec oraz ściąganiem tak zwanych wystawek, nie gardzi też paserką. Do tej pory nie karany. Teraz coś na temat pana Gralickiego.
- Dobra, dobra - powiedziałem lekko zszokowany, a Mango aż zaniemówił z wrażenia. – To wy jesteście z policji.
- Policja nie wie o was nawet połowy tego co my. To skąd wy właściwie jesteście – spytał nieśmiało Mango.
- O tym może później. Najpierw może o was. Jesteście młodzi, przystojni i inteligentni. Wolicie dalej wozić te niemieckie śmieci i ledwo wiązać koniec z końcem, czy pracować dla nas i wozić się takimi furami jak my.
- Na czym ma polegać ta praca – spytałem. - Mamy być alfonsami i prowadzać dziwki.
- Sutenerstwo to nie nasza branża. My robimy w wystawkach.
- Będziecie robić to, co do tej pory. Pić, imprezować i wyrywać panienki. Tylko, że w stolicy – powiedziała jedna z blondynek, po czym machnęła ręką w stronę samochodu, z którego wyszedł, ubrany na czarno, barczysty mężczyzna około czterdziestki, niosąc w ręku butelkę Jacka Danielsa. Gdy podszedł do nas, postawił ją na  stole.
- To dla was chłopcy. Jeśli będziecie pracować dla nas, będzie was stać na talie alkohole i pamiętajcie wiski pije się z lodem. Na nas już pora. Tu jest nasza wizytówka. Odezwijcie się. Macie na to tydzień czasu. Później oferta będzie nieaktualna.

*   *   *
- Łeb mnie napierdala po tym łyskaczu –  powiedział Mango, gdy na drugi dzień w jego pokoju spożywaliśmy śniadanie. - Nie ma to jak czysta biała. Zdawało mi się czy naprawdę te damulki z Warszawy proponowały nam robotę.
- Nie zdawało się. Mam nawet  wizytówkę. Dominika bez nazwiska i numer warszawski -powiedziałem wyciągając z tylnej kieszeni białą wizytówkę z czarnym nadrukiem.
- I co, odezwiemy się do nich. Poimprezowałoby się trochę w Warszawie.
- Chyba cię pojebało. Widziałeś ich furę. To mafia, albo jakieś służby specjalne. Wezmą cię na smycz i będziesz zapierdalał, jak piesek posłuszny na każde skinięcie. Tu wprawdzie brakuje nam nieraz pieniędzy na piwo czy fajki, ale przynajmniej jesteśmy wolni, niezależni od nikogo i nie musimy słuchać żadnych komend, ani rozkazów – powiedziałem podpalając  zapalniczką białą wizytówkę.